Zastanawialiście się kiedyś jak będzie wyglądała wasza starość? Czy będziecie mogli chodzić, funkcjonować normalnie, myśleć? Czy będziecie pomarszczeni jak buldożek angielski (i będziecie mieć taki sam brzuszek jak on)? Czy będziecie siedzieć całymi dniami przed telewizorem, w łóżku, a może na działce? Będziecie aktywnymi seniorami, co to potrafią przebiec maraton i jeszcze im mało?
Staram się nie myśleć o starości. Nie chodzi o to, że się jej boję, albo że nie mam czasu nad tym dumać. Po prostu starość kojarzy mi się ze spokojem, odpoczynkiem. Z wnukami, spacerami, wędkowaniem i ogródkiem, który może wtedy będę uprawiać, bo póki co nie mam do tego cierpliwości-zresztą boli mnie kręgosłup, a warzywa mogę kupić w warzywniaku. Mimo wszystko kocham ogródki. Uwielbiam chodzić na boso po skoszonej trawie i zastanawiać się nad tym czy sąsiedzi już się gapią na moją za krótką sukienkę, czy jeszcze udają, że jej nie widzą...Ostatnio miałam dziwną sytuację-sąsiad (nie mój) pouczał mnie jak podlewać pomidory (nie moje zresztą). Ale podlałam je-dla świętego spokoju. Znaczy siostra podlała, bo akurat trzymałam psa-jamnika (nie mojego).
Książka S. Minot opowiada historię starszej kobiety-Ann-chorej na raka. Zostało jej niewiele czasu, dlatego wspomina przeszłość i...miłość swojego życia. Przystojny Arden, którego spotyka przypadkiem na ślubie swojej przyjaciółki zwraca jej uwagę. Ich początki były trudne-Ann ciągle wyzłośliwiała się na jego temat, a on...no cóż-nie był zbyt rozmowny. Między tym dwojgiem coś jednak zaiskrzyło i wyraźnie mają się ku sobie. Jak skończy się ta historia? Czy Ann będzie szczęśliwa? A może to jej wybranek coś ukrywa?
Przyznam szczerze, że ciężko czytało mi się tę książkę. Zajęło mi to miesiąc. Odkładałam ją i do niej wracałam. Czytałam po kilka stron dziennie i zaglądałam do innych historii, bo ta czasami mnie nudziła. Mimo wszystko skończyłam ją i nie żałuję. Nie jest to książka dla tych, którzy szukają łatwej rozrywki, odprężenia. Będą chwile, że przy którymś rozdziale poleci wam łza wzruszenia lub smutku. Czasami będziecie złorzeczyć na Ardena, co to uważa się za nie wiadomo kogo i podrywa większość dziewczyn. Czasami pomyślicie, że Ann jest nieszczęśliwa i samotna, że niesprawiedliwie traktuje swoje dzieci, że karze je za swoje nieszczęście.
Nie polubiłam Ann, nie polubiłam tej historii, nie polubiłam tej miłości, a wiecie dlaczego? Bo jest boleśnie prawdziwa, bo jest nieszczęśliwa i nie ma: ,,I żyli długo i szczęśliwie, mając gromadkę dzieci, ogródek i labradora...” Mam wrażenie, że czasami w książkach szukamy tego, czego nie mamy w swoim życiu. Szukamy szczęśliwych historii-bez smutku, chorób, rozstań i śmierci. Ta książka opisuje prawdziwe życie i porusza temat tabu jakim jest nowotwór i śmierć. To przecież tak boleśnie aktualna tematyka...
Nie potrafię jednoznacznie ocenić tej książki. Jest trudna, opisuje cierpienie i samotność. Nie wróciłabym do niej, nie wróciłabym do Ann. Mimo wszystko nie żałuję, że ją poznałam, bo zrozumiałam ból schorowanej, starszej kobiety. W mojej ówczesnej sytuacji osobistej ta książka była mi bardzo potrzebna, pozwoliła mi zrozumieć kilka spraw. Najważniejsza-tak banalna przecież-konkluzja wypływająca z tej historii brzmi: Kochaj życie, walcz o miłość i nigdy nie żałuj tego, co robisz, jeśli wtedy jesteś szczęśliwy, bo nigdy nie wiesz, kiedy odejdziesz. Czy potrafimy w ten sposób? Czy ja potrafię? Chyba nie, ale może kiedyś się odważę.
Ann spytała mnie wówczas, czy ufam mojej narzeczonej. Odparłem, że tak. Czy myślę, że będę chciał na nią patrzeć, jak się zestarzeje? Odparłem, że raczej tak. Czy potrafimy razem się śmiać? To mnie nieco zastanowiło.
E.

Zaciekawiłaś mnie. Myślę, że z przyjemnością przeczytam :)
OdpowiedzUsuń